wtorek, 4 sierpnia 2009

No i minął rok... czyli II zlot czytelników optyczne.pl

To taki mały jubileusz. Już od roku smaruję tego bloga, bo pierwszy post był zainspirowany pierwszym zlotem w Walewicach. Niby nie całe 3 dni, a wrażeń starczyło na klika miesięcy. Jak będzie w tym roku? Ci co byli to wiedzą: nawet lepiej. Dlaczego? Bo znowu był fajny klimat, fajni ludzie, fajne miejsce, fajny sprzęt a i atrakcji więcej. Ale od początku:

Zaczęło się w piątek 31 lipca. Po formalnościach typu zakwaterowanie, jedzenie i pobranie sprzętu (tutaj K-Consult znowu stanął na wysokości zadania), pierwszą atrakcją był nocny plener.

Ja akurat wybrałem wycieczkę nad tamę, prowadzoną nieco na około, przez Jareckiego. Początkowo myślałem, że jak 20 fotografów rzuci się na ten sam obiekt, nawet tak rozległy jak tama, to powstanie masa takich samych zdjęć. I tu się miło i nie miło rozczarowałem: miło, bo nawet zdjęcia tego samego mogą być skrajnie różne, a nie miło bo kiedy mi już brakowało pomysłów na ujęcia jakiegoś "hydranta" czy innej "barierki", pozostali mieli jeszcze kilka koncepcji na ten sam obiekt :-(.



Po 2 godzinach snu, przyszła pora na poranny plener. Początkowa idea odbycia go na wspomnianej tamie padła, na rzecz wyczajonego przeze mnie w drodze powrotnej obiektu o nazwie "Szwajcaria lwówecka". W bladym świetle poranka pojechaliśmy do tej "Szwajcarii"... trochę w ciemno.
Ci co liczyli na fotografowanie skał we wschodzącym słońcu (w tym ja) trochę się rozczarowali - urwisko jest zwrócone na zachód :-). Na szczęście, na szczycie znalazła się łączka, na której każdy znalazł coś dla siebie.
Po godzinie focenia skończyło się fajne światło, buty były przemoczone a w brzuchcach burczało z głodu. Ponieważ do śniadania zostało jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy pojechać jeszcze do zatopionej żwirowni, poszukać wodnych ptaków. Zamiast ptaków, znaleźliśmy zatopioną barkę :-P, która bardzo przypadła mi do gustu.


Po śniadaniu przyszedł czas na najmocniejszą część zlotu: warsztaty.
Pierwsze na jakie trafiłem, dotyczyły drukarek canona (trochę marketingowy bullshit) i monitorów EIZO - bardzo porządna robota w stylu technical-sales. Mój następny monitor to będzie EIZO i to pewnie w technologii IPS.

Kolejne "zajęcia" polegały na zabawie lunetami i lornetakami Pentaxa. O ile lunety i adaptery do digiscopingu zupełnie mnie nie wciągnęły, to lornetka z trybem makro została, moim zdaniem, hitem imprezy.

Na koniec zostały mi najsmakowitsze zajęcia - focenie w zaimprowizowanym studio. Warsztaty trzeba było jednak okupić wysłuchaniem (z powodu niewyspania miałem zamknięte oczy) prezentacji na temat systemu sony alfa.
Na szczęście przejście do części praktycznej podziałało pobudzająco. O ile w warsztatach praktycznych, związanych z teorią pracy z oświetleniem, trochę pomogło wcześniejsze poczytanie książki, o tyle aspekt socjologiczny był dla mnie kompletnym zaskoczeniem: Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że z modelką to się rozmawia! I na dodatek ciężar tej konwersacji spoczywa na fotografie :-) - nie to, żeby od razu zacząć się zwierzać, ale trzeba choćby powiedzieć jak ma się ustawić.
Ja niestety wpadłem na niezbyt dobry pomysł równoczesnego przetestowania nikkora AF-S DX 35 f/1.8, który okazał się być za szeroki do pracy w studiu. Ciągłe łapanie w kadr stelaży od tła, albo statywów lamp, tak mnie wyprowadziło z równowagi, że nie byłem w stanie nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z modelką. Ta na szczęście była doświadczona w pracy z takimi łosiami jak ja, więc koniec końców, moja rola polegała na naciśnięciu migawki w odpowiednim momencie.
Uff - to było troszkę żenujące doświadczenie, ale jednocześnie wywołało pewnien niepokój: muszę jeszcze wrócić do studia i sobie na spokojnie poćwiczyć.

Dla formalności wspomnę jeszcze, że wieczorem wybraliśmy się na kolejny plener, ale twórcze zatwardzenie tak mi się dawało we znaki, że kompletnie go nie wykorzystałem.
Parę słów na temat sprzętu - jeśli chodzi o obiektywy to jak mawiał mój współ-spacz: "szału nie było". Test raczej negatywny, bo żadnego z sigmowych szkieł, które testowałem nie kupię. A oto co testowałem:

EX 70-200 2.8 Macro drugiej generacji. Niby wszystko na miejscu, ale pod swiatło mocno traci kontrast i brakuje jej OS'a. Ponieważ na wspomnianej łączce trafiłem na panią tygrzykową, zacząłem bawić się funkcją makro i tu dwa zaskoczenia:
  • Pierwsze: zoom w makro to fajna sprawa (do tej pory bawiłem się tylko stałkami z okolic 105 mm).
  • Drugie: obiektyw, który traci ostrość podczas zoomowania mi się nie podoba
I właśnie to drugie zaskoczenie zdyskwalifikowało tę Sigmę. Po prostu zdarzało mi się złapać ostrość, potem stwierdzić, że kadr mi się nie podoba i go trochę przezoomować. Efekt: ostrośc idzie w diabły.
Natomiast muszę tutaj oddać honor w jednej kwestii: Ten obiektyw jest używalny przy 2.8.

Kolejna zabawka - troszkę kuriozalna, bo rozliczyłem się już z moją pasją makro przy okazji nikkora 105 VR, to Sigma EX 180 f/3.5 Macro. Tu znowu szału nie było, zwłaszcza z ostrością. Natomiast miłą cechą tego obiektywu jest spory dystans roboczy, co tylko potwierdza moją tezę, że do poważnego focenia robaków potrzebny jest jak najdłuższy obiektyw makro. Dużym atutem tej sigmy aż 46 centymetrowy dystans przy którym daje odwzorowanie 1:1. I to był powód dla którego wziąłem ten obiektyw.
Trochę natomiast rozczarowuje ostrość tego szkła. Stałoogniskowe obiektywy makro w tej dziedzinie rozpieszczają użytkowników swoimi osiągami, stąd moje wygórowane wymagania. Warto tutaj wspomnieć, ze zostałem lojalnie uprzedzony, zarówno przez jednego z ojców redaktorów, jak i któregoś Łukasza z K-consult, że być może powinienem wybrać 150-tkę zamiast nieco za miękkiej 180-tki. Cóż uparłem się na dodatkowe 8 cm dystansu to mam.
Morał: gdybym miał teraz kupować makro do robaków to zbierałbym kasę na micro nikkora 200 f/4 :-), albo na równie wybitnego micro nikkora 70-180. (niestety oba nie były testowane przez optycznych)

Trzecie szkło - hmm, trochę na nie nie starczyło czasu, a być może powinienem się na nim troszkę skupić zwłaszcza, że dni mojego 18-70DX wydają się policzone. Dwa poprzednie szkła sigmy oraz pożyczony nikkor 35 zajęly mi tyle czasu, że EX 18-50 f/2.8 przeleżał większą cześć imprezy w plecaku. A szkoda, bo patrząc po opiniach na forum ten obiektyw może troszkę namieszać. A jego następca, nieco ciemniejszy, ale za to z makro i nie zmieniający swoich rozmiarów, gdyby "zaczynał się" od 17mm, byłby hitem.

Jaki jest zatem morał z całej imprezy? Warto było wydać 350 zeta na zlot, żeby uchronić się przed wydaniem kilku kilo na obiektywy, które nie są dla mnie warte swojej ceny.
Dlatego podsumowanie jest jak najbardziej pozytywne. Ze szkieł to będę starał się kupić nikkora 35 1.8. Ten obiektyw, że pewnie dostanie oddzielny artykuł.



Jeśli kiedykolwiek ten tekst zostanie przeczytany przez kogoś sprzedającego Sigmę to mówię to jasno, prosto i wyraźnie: dzięki za możliwość potestowania. W zeszłym roku testowałem i kupiłem (EX 10-20). W tym, testowałem i nie kupię. Oba doświadczenia są bardzo cenne.
Czekam na OS'a i poprawki na tle zoom-ostrzenie w Sigmie 70-200. Wtedy ją kupię.

Jeśli chodzi o inne produkty, to na liście wstępnych kandydatów na zakupy znalazła się lornetka makro i telewizor EIZO.

W kwesti "drogi twórczej" - trzeba się w końcu nauczyć pracy ze światłem i w studio. Szacun dla Sony za zrobienie mi smaku.

Kolejny wniosek jaki mi się nasunął dotyczy konkursu, który mnie trochę rozczarował (nie, nie dlatego, że tym razem, wśród nagrodzonych nie było mojego zdjęcia). Wygrały zdjęcia dobre.
Natomiast wśród wyróżnień sporo było prac przeciętnych. Zauważyłem, że kierunek w jakim poszła moja estetyka - czyli szukanie jak najbardziej abstrakcyjnych a jednocześnie minimalistycznych ujęć rzeczy znanych, zupełnie rozmija się z ogólną estetyką uznaną za fajną przez jury. Wyjątkiem w tej kwestii jest praca maźka (6 miejsce). Ale przynajmniej nie żałuję, że jak to było w zeszłorocznym konkursie, nie wystawiłem zdjęcia za mało odważnego. Po 10 dniach, nadal jak gapię się na moje zdjęcia ze zlotu uważam, że fota którą wystawiłem, jest jedną z najlepszych, które tam zrobiłem. A to już coś, bo nie poszedłem na wyczucie gustu jury - a nie wygrany monopod? No cóż, trzeba go będzie po prostu kupić :-))


I to by było na tyle. Czekam na następny raz.

środa, 13 maja 2009

Czas na przeprosiny z neutralnym kątem, czyli AF 28 2.8D


No i stało się. Przy okazji premiery AF-S 35 1.8G DX naszło mnie na spróbowanie się z po raz kolejny z z okolicami neutralnego kąta widzenia (dla DX oczywiście). Z racji kryzysu i innych turbulencji finansowych przedmiotem moich dywagacji nie jest niestety najnowsza 35-tka Nikkora, ale starszy i nieco szerszy AF 28 f/2.8D. Dlaczego? Bo taki był pod ręką (kolegi).
Historia moich spotkań z tym szkłem ciągnie się z przerwami już 3 lata. Zaczęło się od wypadu do Wielkiej Brytanii - o ile pamiętam, zostałem z tym szkłem trochę przez przypadek - ot, pożyczyłem komuś mój standardowy zoom AF-S 18-70 3.5-4.5G DX i żeby nie zostać bez niczego krótkiego, dostałem w zamian to coś. Jak to zwykle bywa, "na oddanie" jakoś okazji nie było, w efekcie na wyjazd miałem właśnie 28 i archaiczno-plastikowe AF 70-300G, nie ED i nie VR, tylko to najtańsze z możliwych.
Kolejne spotkania z tym szkłem następowały sporadycznie ze 2 razy w ciągu 3 lat i bez większych fascynacji. Aż do tegorocznej wiosny, kiedy to świadomie poprosiłem o pożyczenie z intencją solidnego postrzelania na D300 i F60 - Tak naprawdę chciałem porównać zachowanie D300 + 28 vs F60 + 50 1.8. O efektach tego porównania pewnie kiedyś napiszę ;-)
Tak czy inaczej 28 znalazła się w moich łapskach i dość szybko uświadomiła mi jak bardzo zmieniło się moje fotografowanie od czasów wycieczki z D70 do British Museum...
Nie będę ukrywał - Obiektyw jest rewelacyjny. Niestety optyczni, nie przetestowali tego szkła, a jego test na photozone.de jest moim zdaniem krzywdzący. Nie będę jednak rozpaczał, jesli kiedyś i "optyczne" się po to szkło schyli, i nie da mu rewelacyjnych ocen. Po prostu są czasem obiektywy, które nie biją rekordów rozdzielczości, lubią postraszyć aberracjami czy inną komą, a mimo to należą do "ukochanych". AF 28 2.8D ma właśnie to coś, co sprawia, że nie czuję potrzeby zoomowania.
Na początek wrzucę to co mnie urzekło w tym obiektywie: "rysowanie", kolory i bokeh.
O co chodzi z tym rysowaniem? To taka abstrakcyjna wartość, którą każdy mój foto-znajomy definiuje inaczej ;-). Dla mnie chodzi o ogólne wrażenie że wszystko jest na miejscu, szczególnie ostrość, ładne oddanie faktury, praktyczny brak zniekształceń, kolory. Rozdzielczość tego obiektywu w ogóle zasługuje na uwagę, wystarczy zerknąć na test - brzeg kadru ani razu nie schodzi poniżej poziomu "very good", a centrum kadru dosć swobodnie siedzi sobie na zielonym polu z napisem "excellent". To się czuje.

Kolory - tutaj czekam na test optycznych, którzy rozszerzyli ostatnio swoje procedury o sprawdzanie transmisji. Przypuszczam, że wynik mógłby być ciekawy, bo moje subiektywne wrażenie jest jak najlepsze - zwłaszcza, że równolegle bawiłem się zenitarem 16 mm który tnie czerwień, jakby chciał zaprzeczyć, że jest produkcji radzieckiej.
I wreszcie bokeh. Szczerze to tu byłem najbardziej zaskoczony, bo kto, od jakby nie patrzeć, szerokokątnego obiektywu wymagałby rozmycia tła? A tu, proszę, bokeh jest po prostu ładny. Oczywiście nie dorównuje portretówkom, ale nie ma przykrych dla oczu oleistych plam w tle.
Sweetspot (i nie chodzi tu o plamy z nutelli) wypada gdzieś w pobliżu f/4.

No dobra, a czy jest coś czego można by się przyczepić? Na pewno, ot, choćby AF, który nie jest AF-S i mimo przyzwoitej światłosiły, miewa kłopoty z celnością. Nikon konsekwetnie odcina się od dziedzictwa swoich szkieł w nowych, tańszych korpusach. Tak więc w D40,60,5000 będzie to szkło manualne.
Drugą nie fajną rzeczą jest cena, która przyznam, nieco mnie zaskoczyła. używka w dobrym stanie plącze się po allegro od 1000 zł. Cóż zatem pozostaje? Pewnie kupić 35 1.8G w sklepie dla idiotów, na raty 0% ;-)

czwartek, 26 lutego 2009

Pomyśl 3 razy zanim kupisz. A może lepiej pożycz i wypróbuj.

Uch... Dawno nic nie napisałem. To nie dlatego, że nic nie robiłem - raczej w ostatnich 4 miesiącach cierpiałem na nadmiar zajęć. A trochę się pozmieniało, ale niestety nie w mojej "szklarni".
W dobie powszechnego kryzysu, zaczynam w moich subiektywnych przeglądach niebezpiecznie zbliżać się do końca listy posiadanych szkieł. Przyszedł zatem czas na dłuuuugo (bo w zasadzie od kiedy wpadłem na pomysł blogowania, pierwszą myślą było opisanie tego właśnie obiektywu) odkładany artykuł o AF-S 105 2.8G. Chyba najjaśniejszy klejnot wśród moich zabawek. Skąd zatem zniechęcający do jego zakupu tytuł tego posta? Jak mawia w swojej (bardzo dobrej) książce Wojciech Cejrowski: "posłuchajcie...". Zatem posłuchajcie....

Historia mojego romansu z makro zaczęła się, jak to zwykle bywa od zapaleńca. Mi się taki trafił - gadał dużo o robakach i makro, wyuczył się na pamięć różnych trudnych łacińskich słów... no, jednym słowem zaraził. Na próbę, pożyczyłem od niego AF 105 2.8D, czyli poprzednika mojej 105-tki, wówczas już nie produkowanego. No i zajadłem - polazłem z tym w krzaki upolować jakąś mrówkę i miałem z tym sporo frajdy: focisz jednego robala, a w tym samym czasie tak ze 200 innych włazi Ci we wszelkie szpary w ubraniu i usiłuje skonsumowac co się da. A tu ręka musi być pewna, bo przysłony rzędu 22 i więcej, czasy długawe...
Dość powiedzieć, że spodobało się na tyle, że dziś jestem szczęśliwym posiadaczem nowszej 105-tki opartej o SWM i VR, oraz trzeciego już body - pierwsze spotkanie z makro odbywało się na D70, które bardzo szybko zostało zamienione na wyposażone w dużo większy wizjer D80, które przy nadarzającej się po paru miesiącach okazji zostało zamienione na posiadające jeszcze lepszy wizjer, wstępne podnoszenie lustra i wężyk spustowy D300.
Optycznie, mechanicznie, gabarytowo i jakościowo jest to szkło poprostu idealne. Osobiście mogę się dopatrzeć w nim tylko dwóch niewielkich wad:
Troszkę za wolny AF jeśli pozwolimy mu działać w pełnym zakresie tj. od około 30cm do nieskończoności. Wada ta całkowicie znika, po przełączeniu obiektywu w tryb "limited" czyli bodajże od 50cm do nieskończonośći.
Drugą, nieco już poważniejszą wadą, jest to, że obiektywy z tych okolic ogniskowych, tak więc dotyczy to także konkurencji, dają ukochane przez makrofetyszystów odwzorowanie 1:1 przy dystansie roboczym na poziomie 30 cm - liczone od matrycy a nie przedniej soczewki!!! To daje zaledwie kilka, kilkanaście cm pomiędzy soczewką/filtrem a modelem, który przeważnie nie jest zadowolony z tak nahalnego naruszania jego prywatnośći, a należy pamiętać, że niektóre modelki mają tu żądła i nie wahają się ich używać :-)
I tej wady już zbyt łatwo skorygować się nie da...
Co w zamian: polubić co się ma i:
  1. W razie potrzeby szybko uciekać,
  2. Zrezygnować z magicznego 1:1 i fotografować z nieco większej odległości
  3. ... albo odłożyć 2-3 razy więcej kasy i kupić prawdziwego "insect-killera": AF-Micro 200 4D, czyli jak niektórzy twierdzą, po prostu najostrzejszy obiektyw do Nikona.
  4. Poszukać sobie innych tematów do focenia :-)
No dobra, ale przecież nie samym makro człowiek żyje... No to może by tak z nim "na ludzi" pójść? Pożyczyłem go kiedyś, zaprzyjaźnionemu fotografowi, który żyje z fotografowania ludzi i wiecie co powiedział? "No fajny, ale na ludzi to trochę za ostry, nie wszyscy lubią jak im można wszystkie pory i wypryski na nosie policzyć" - i zdaje się kupił 105, ale stricte portretową


No dobra, pora wziąć się zatem za uzasadnienie niekorzystnego tutułu tego posta, bo wniosek z mojej ponad 2-letniej pracy z tym obiektywem jest taki: Jeśli nie jesteś całkowitym makromaniakiem (albo makromańką, żeby było political-correct), to jest masa lepszych i bardziej uniwerslanych szkieł. 105VR jest cudownym szkłem i mogę się rozwodzić nad jego kunsztem dowolnie długo, tylko jest jeden szkopuł: trochę za mało ma zastosowań w stosunku do swojej ceny, dlatego pewnie nie znajdzie się dla niego miejsce plecakach i portfelach zbyt wielu amatorów.
Co zatem w zamian? Jeszcze nie wiem :-) Do portretu na DXie polecam 50mm, chętnie popróbuję 85mm 1.4 albo 1.8. Pewnie kiedyś przyjrzę się obiektywom DC.

Czy jestem z tego szkła zadowolony: tak, czy z perspektywy moich doświadczeń kupiłbym je drugi raz - raczej nie.
Ale nie ze względów technicznych bo te są idelane - po prostu to nie jest obiektyw dla mnie i myślę, że każdy oglądający złotówkę na wszystkie strony fotoamator powinien sobie przed zakupem to pytanie powtórzyć conajmniej 3 razy.

Aha, w sieci krąży kilka zjadliwych i często nadinterpretowanych opinii o pewnych sprawach związanych z tym szkłem:
Że tak naprawdę to nie jest 2.8 tylko w pewnym przypadku (makro) "aż" 3.5 - to prawda, tylko co z tego? to jest zjawisko powstałe przy wykorzystaniu CRC "close range correction" powszechnie używanego w makro nie tylko u nikona. Nikon po prostu się do tego przyznaje. W analogicznych obiektywach np Canona i Sigmy niby światło jest cały czas 2.8, tylko na krótkich dystansach jakoś czasy się wydłużają... :-) To jest link do wytłumaczenia dlaczego.
I druga sprawa - wydajność VR spada wraz ze spadkiem odległości od obiektu, do 0 (zera) przy 1:1.
Makroortodoksi to wiedzą i focą ze statywu przy f/32, z podniesionym wstępnie lustrem i wężykiem spustowym. Nie rzadko z pierścieniową lampą, mieszkiem i masą różnej innej galanterii. Dla całej reszty do okazjonalnego focenia życia intymnego pszczółek i motylków polecam zwykłą "małpę" z solidnym makro. Z racji małych rozmiarów obiektywu (krótka ogniskowa) mamy przy stosunkowo otwartej przysłonie np f/11 głębię nieosiąglaną dla klasycznych szkieł makro bez zamknięcia do f/40!
Dla porządku i głodnych cyferkożerców, link do testu :-)
Miłego dnia.

poniedziałek, 27 października 2008

Coś fajnego i nie drogo

Czasem zastanawiam się nad przypadkowością moich rożnych fotograficznych peregrynacji. W takich chwilach przeważnie spoglądam na mojego Nikkora AF-D 50mm 1.8 , który jest najwyraźniejszym dowodem na ingerencję elementu losowego w to co robię. Obiektyw ten jest tak tani, że dostałem go jako rabat, kupując dwa inne, niestety nie dla siebie :-( i oczywiście za "wielką wodą". A było to w tych pięknych czasach kiedy $$$ kosztowały po 2.2 zł.
Cena i fakt, że jest on "Made in China" w niczym jednak nie ujmują jakości generowanych przez niego obrazów. Jednak jako coś co dostałem za darmo i wyglądającego delikatnie mówiąc nieco badziewnie, na długo odłożyłem go na półkę, tylko sporadycznie go zakładając.
Chyba glówną przyczyną niedocenienia tego szkła jest jego niezbyt atrakcyjny jak dla mnie (matryca DX) kąt widzenia: ot, ni to krótkie tele ni to szerszy portret. Fakt faktem, że obiektyw jest bardzo jasny, ale po prostu nie trafiła się dostatecznie dobra okazja, żeby pozwolić mu rozwinąc skrzydła. A w zasadzie to ta okazja musiała być wystarczająco namolna, żeby obudzić moją leniwą wyobraźnię. Jeszcze wrócę do tego.

Jak wspomniałem, portrety jak dotąd mnie nie interesowały (moja 50-tka to zmieniła, ale o tym później), a do fotografowania w pomieszczeniach, przy zastanym świetle, nikkor jest po prostu zbyt długi.
Pierwszy moment, w którym doceniłem jego walory, trafił się przy okazji... ogniska.
Duży otwór względny pozwala na całkiem skuteczną pracę systemu AF a jak się po niedługim czasie okazalo, lekkie domknięcie tak do f/2.2 pozwoliło uzyskać całkiem przyzowoite zdjęcia. A w przedziale f/4 - f/11 wręcz wybitne (oczywiście w katergoriach ostrości i odwzorowania kolorów). Ponieważ w moich opowieściach staram się unikać technikaliów, głodnych cyferek i wykresów odsyłam jak zwykle do optycznych.
Pora rozprawić się z moją niedomagającą wyobraźnią - otóż okazja, która w końcu obudziła ją do współpracy z omawianym Nikkorem, trafiła się przy okazji imprezy gdzie zaszła wspaniała koniunkcja okolicznośći:
  • wychodząc z domu, spieszyłem się, a jak to w takich sytuacjach bywa, łapiesz to co masz pod ręką. A pod ręką było body TYLKO z 50mm nikkorem.
  • Impreza była w w środku letniego, bardzo jasnego dnia. Ultranieciekawe światło do plenerów, za to wystarczająco mocne, żeby dawać sensowne oświetlenie we wnętrzach.
  • Temat. Bajka dla fotografomana-gawędziarza :-) - Impreza była chrzcinowa, a sam główny zainteresowany, od czasu do czasu musiał udać się na małe conieco sam na sam z mamusią.
Tego to nawet ja nie mogłem przeoczyć! I nagle to co mi nie pasowało w tym obiektywie, stało się jego główną zaletą: Pomieszczenie było spore, więc kąt widzenia był w sam raz. Łapał kontekst, jednocześnie pozwalając ładnie wyizolować temat z tła. Jakby tego było mało, można go sobie otworzyć tak mocno, że mała głębia pozwala rozmyć nawet fragmenty portretowanych osób. I jeszcze jedno, chyba najważniejsze:
Na matrycy DX, ten obiektyw, to krótkie tele, które pozwala nie zbliżać się podczas fotografowania i nie zakłócać tak intymnej chwili jak karmienie dziecka.

Morał: Jak to napisał Bryan Paterson w "Eksopozycji bez tajmnic" - "nie zmienia się koni w trakcie wyścigu". Być może warto czsem w ramach pobudzania wyobraźni, świadomie ograniczyć sobie środki techniczne, np przykład, zabrać ze sobą tylko 50mm obiektyw.
Ja powoli dojrzewam do tego, żeby kupić sobie np 128MB kartę, na którą wejdzie mi góra 6 zdjęć. Z resztą nie odkrywam tu od nowa koła - jedna ze szkół fotograficznych właśnie tak ćwiczy swoich adeptów: wychodzą na miasto z aparatami załadowanymi filmem na max 5 klatek i mają za zadanie zrobić ciekawe zdjęcie.

piątek, 12 września 2008

Triumf zdrowego rozsądku nad gadżeciarstwem

Jestem chorobliwym gadzeciażem. Należę do tych kilku procent osób, które posiadają palmtopa (nie licząc telefonu komórkowego), a z tego nielicznego zbioru jestem w jeszcze mniejszym podzbiorze tych którzy go używają.
Z fotografią jest u mnie podobnie. Jestem w systemie Nikona dlatego, że dawno temu kiedy podejmowałem decyzję co kupić, najbardziej spodobał mi się jego design (F60 vs EOS300).
Dlatego ostro odchorowałem fakt zakupu, jakiego jakiś czas temu dokonał pewien mój znajomy: Chodzi o teleobiektyw Nikkor 70-200 VR 2.8. Najwyższa półka zarówno jakościowa jak i cenowa. Problem w tym, że zarówno w ofercie Nikona jak i niezależnych, brakuje solidengo szkła o podobnych parametrach, ale np f/4 - żeby było w rozsądnej cenie.
Ponieważ sporym problemem byłoby wytłumaczenie się pozostałym domownikom z wydatku rzędu 6k zł na obiektyw, postanowiłem nabyć szkło z tego zakresu, ale o słabszych parametrach: Nikkor 70-300 VR 4.5-5.6.
Dlaczego? Bo jest w zasadzie tylko jedna rzecz jaką tracę nie kupując prefesjonalnej armaty 70-200 vs amatorskie 70-300: Bokeh. Całą resztę jestem w stanie jakimiś kompromisami zniwelować. Bo czym się różnią te szkła? Jakie przewagi ma 70-200?: światło, ostrość, bokeh, światlo dla AF, jakość budowy.
Na początek światło: stały otwór wględny 2.8 vs 4.5-5.6 to ładne 3EV różnicy. Czyli zamiast ISO100 mamy ISO800 - Można by tu powiedzieć, ze to kolosalna różnica! Owszem, ale z perspektywy czasu nie taka znowu wielka. Na 12Mpix matrycy CMOS Nikona D300, spadek jakości na ISO800 bywa wręcz niezauważalny (nie dyskutuję tutaj miłośnikami oglądania pod lupą cropa 100%). Po przeskalowaniu do około 2Mpix, czyli zdjęć dających przyzwoite wydruki 10x15 i pokrywających całą rozdzielczość telewizora FullHD, gubimy praktycznie cały szum.

No to może ostrość? Tu faktycznie słoik profi kopie tyłek wszystkim na około.... Tylko że widać to dopiero przy cropie bliskim 100% - zejście do wspomnianych 2Mpix potrafi też znacząco "wyostrzyć" zdjęcie.
No to światlo dla AF! - Bądźmy poważni: Może dla słabszych korpusów to jest argument; D80 faktycznie jakby ciut celniejsze było przy szkle 2.8, ale w D300 jeszcze się nie zdarzyło, żeby 51 pól AF sobie nie poradziło.
Jakość budowy - Zrezygnowanie z tego i z WYGLĄDU było bodajże najcieższą próbą. Długie ogniskowe + dobre światło owocują potężną 77mm soczewką. Nie złym bajerem jest też wewnętrzne zoomowanie. Ale żeby "prysły zmysły" wystarczy pożyczyć ten obiektyw od kolegi i pofotografować nim ze 2 godziny. Ręce bolą. I kark. Focenie tym z ręki przez dłuższy czas to pomyłka. A taszczyć tego grzmota w teren to też porażka. Wyleczyłem się. Oczywiście zastosowanie takie jak sterczenie z monopodem i czekanie aż jakaś gwiazda podrapie się po pupie, albo polityk podłubie w nosie są poza moim obszarem zainteresowań, więc nie dyskutuję tutaj wyższośći jasnej dwusetki nad ciemną trzysetką w takich zastosowaniach.
Ha, czyli udało mi się opisać obiektyw nikkor 70-300 VR poprzez krytykanctwo wobec 70-200 :-) !
Prawda jest taka, że nie jest to szkło wybitne. Przeciętna jasność, ostrość ciut lepsza od średniej (CA troszkę doskwiera) a dość plastikowa obudowa nie wróży długiego żywota. Ale faktem jest, że ma bardzo dobry AF i skuteczne VR. Sporo mniejsze rozmiary i o połowę mnejsza waga, powodują, że bez problemowo zabieram go ze sobą nawet na dłuższe wypady w teren. A niedostatki światła i ostrości łatwo można skompensować skalowaniem i wyższym ISO.
A już całkiem dumny i blady chodzę, od czasu kiedy Thom napisał, że 70-300VR ma stałe miejsce w jego ekwipunku wyprawowym.
Morał: 70-200 wygląda super-macho i na dodatek robi jakościowo świetne zdjęcia, tylko że jego młodszy braciszek, przy współpracy z nowszymi puszkami (wiecej AF, ISO, Mpix) okazuje się często być wszystkim co jest potrzebne do szczęścia nawet całkiem wymagającym fotografom. Tylko ten bokeh... No cóż gimp/photoshop (niepotrzebne sktreślić), warsty, rozmycie i jest też bokeh :-)
BTW, wszystkie zdjęcia w tym poście pochodzą oczywiście z AF-S 70-300 4.5-56 ED VR. A o 70-200 napiszę jak go znowu dorwę w swoje łapska.

środa, 20 sierpnia 2008

Rybim okiem na świat


Ostatnią z optycznych zabawek z jakimi miałem do czynienia na imprezie, która zainspirowała mnie do spisywania tego bloga jest Sigma 10 mm Fisheye 2.8 EX. Z wypróbowanych obiektywów, to właśnie to szkło spowodowało u mnie największe swędzenie mózgu: Po pierwsze, jako człowiek prosty z wykształeceniem technicznym, zacząłem sobie zadawać pytanie dlaczego dwie sigmy: 10-20 i opisywana teraz 10 Fisheye mają tak różny obraz. W końcu milimetrów mają po tyle samo, więc na prosty rozum, kąt widzenia i odwzorowanie też powinno być takie samo. Temat mnie przerósł, więc z pytaniem poszedłem na forum. Jak się okazało, jest na to (wskazane przez jednego z forumowiczów) wytłumaczenie, ponieważ istnieje kilka sposobów odwzorowywania czyli rzutowania obrazów 3d na dwuwymiarową klatkę-matrycę przez obiektywy. I to stąd różnice w deformacjach i kątach widzenia.
Przy okazji zdałem sobie sprawę, z tego, że po raz kolejny udalo mi się wrzasnąć: "król jest nagi!" - sporo ludzi mieniących się być profesjonalistami, lub zaawansowanymi amatorami poprostu nie wie dlaczego tak się dzieje i zasłaniają się tekstami "A co tu rozumieć - chcesz mieć szeroki kąt to kupuj szeroki kąt, chcesz mieć fisheye to kup fisheye" - a pytanie: "dlaczego tak jest?" było bez odpowiedzi. Ale teraz już wiem, choć wzorów matematycznych na pamięć nie wkułem.
Po drugie, obiektyw ten zaczął drażnić tę humanistyczną część mojej osoby, która interesuje się kompozycją i innymi fajnymi aspektami focenia: jak by tu można takie dziwadło wykorzystać? Dystorsja, czyli coś co do tej pory było uznawane za wadę tutaj jest celowo wyniesione do monstrualnego poziomu. Dlatego ten obiektyw stanowił chyba największe wyzwanie dla wyobrażni.
Pierwszy wniosek jaki mi się nasunął, po krótkiej pracy z tym szkłem to taki, że raczej kompozycja centralna daje lepsze efekty. Ludzie zwłaszcza z boku kadru wyglądają mocno alienowato. I w ogóle nie jest to raczej szkło "na ludzi".
To może krajobrazy? Tu było całkiem fajnie, zwłaszcza przy pochylaniu aparatu względem sceny. Horyzont jest prosty tylko wtedy gdy aparat jest idelanie poziomo, każdy odchył powoduje zawijanie w górę lub w dól.

Drugą podpowiedź co do możliwych zastosowań przyniósł sam obiektyw - przy takiej ogniskowej, minimalny dystans roboczy jest bardzo mały, o ile pamiętam okolo 25cm. To pozwala naprawdę blisko podejść do tematu, jednocześnie dając naprawdę fajną, przestrzenną perspektywę z zachowanie dużej głębi ostrości.

I trzeci sposób wykorzystania jaki mi wpadł do głowy, przyszedł wieczorem, a konkretnie nocą. Takie szkło mając kąt widzenia dochodzący do 180 stopni, wycelowane w niebo naprawdę niewiele przeoczy.
Zdaję sobie sprawę, że temat fisheye jest dużo szerszy, nie zbadałem jeszcze choćby obszaru zastosowania takiego szkła w fotografowaniu imprez np dziecięcych czy sportowych. Albo "makro". A jestem pewien, że gdyby poświęcić mu więcej czasu, jeszcze klika pomysłów by się znalazło :-). Na koniec jeszcze jedno zdjęcie, które zrobiło się niejako samo: Próbowałem coś tam złapać w krzakach, nacisnąłem spust i okazało się że mam nastawiony naprawdę długi czas... w tym czasie jakaś natrętna osa mnie dopadła...

wtorek, 19 sierpnia 2008

... I znowu Sigma. 300 f/2.8 EX


Jasne tele klasy 200-300 2.8 to chyba mus dla każdego profesjonalisty. Sam nigny nie pragnąłem posiąść takiego cacka... dopóki nie spróbowałem :-) A spróbowałem, jak wszystkich Sigm opisywanych na tym blogu, na zlocie optyczne.pl.
I znowu, historia jak poprzednio. W ogóle nie chciałem wcześniej tego szkła, ale skorzystałem z okazji i go spróbowałem. Jak się okazało, było warto. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego? Przecież dzisiejsze konstrukcje dla systemów pozbawionych stabilizacji w korpusie, wydają się być obowiązkowo wyposażone w jakiś mechanizm OS/IS/VR, a tu próżno szukać takowego. Jak się chwilkę zastanowiłem i pofociłem tym instrumentem to doszedłem do wniosku, do jakiego wielu już doszło przede mną: Lepiej mieć dobre światło niż stabilizację. Niestety coś za coś. W dzisiejszych czasach łatwiej o ciemny stabilizowany obiektyw niż o jasny niestabilizowany. Mówię tutaj o aspekcie zarówno finansowym jak i jakościowym.
A skoro o jakości mowa - Sigmie 300 2.8 EX nie można zarzucić absolutnie nic. Dotyczy to zarówno jakości wykonania jak i samych zdjęć. Oczywiście chcąc być dobiazgowym można jakieś mankamenty znaleźć np tutaj, ale jak już niejednokrotnie się przekonałem, fotografowanie tablic tesotwych to jedno, a praktyka to coś zupełnie innego. I praktyka pokazala, że obiektyw świetnie pracuje już od maksymalnego otworu względnego. Moim subiektywnym zdaniem szczyt możliwości osiąga w okolicach f/4 i długo z niego nie schodzi.
W technicznym teście, redaktorzy zwracali uwagę na dość przeciętny AF - myślę, że jest to kwestia zależąca w conajmniej równej mierze od szkła jak i body - tarzający się i biegający po padoku konik nie sprawił najmniejszej trudności parze Sigma 300 + D300.
Żeby nie przechwalić: z mojego punku widzenia, ten obiektyw ma tylko jedną słabość, na którą z resztą nie ma lekarstwa bo prawa fizyki są nieubłagane: optyka tak długiego i jasnego szkła musi być duża. I w tym momencie odzywa się drugie prawo fizyki: Grawitacja. Taki zestaw jest po prostu ciężki, choć nie aż tak jak to monstrum. Można się więc pokusić o fotografowanie nikonowo-sigmowym duetem trzysetek"z ręki" choć nie jest to zbyt komfortowe.
Podsumowując moją przygodę z Sigmą 300 2.8 EX, można powiedzieć dwie rzeczy - po pierwsze jasne szkła są fajniejsze niż ich stabilizowane ciemniejsze odpowiedniki (choć już niedługo pewnie temu zaprzeczę, jak napiszę coś o Nikkorze 70-300 VR) i po drugie szkło klasy 200-300 2.8 nawet jeśli nie znalazło się na stałę w moim arsenale, to na pewno stanowi istotny element na drodze poszukiwania własnego stylu i tożsamości fotograficznej. I jeszcze jedno: To na pewno nie jest koniec mojego romansu z jasnymi "tele".