poniedziałek, 26 lipca 2010

Veni, foto, vici

No tak... Veni - choć daleko było. Foto - bez szału, ale był krótki moment, w którym grała w duszy muzyka. A Vici dlatego, że był przebłysk pomysłu (choć nie u mnie) a dalej było trochę wyrachowania. Ale od początku.
Był Zlot. Jak zwykle w bardzo fajnym miejscu i atmosferze. Pogodzie udało się popsuć na szczęście tylko walory miejsca - atmosfera za to na tym skorzystała.
Miło było znów, przez kilka dni nie myśleć o niczym innym tylko o fotografii. Program merytoryczny: mocniejszy niż poprzednio, choć tematycznie zbliżony. Obstawiałem dwa wątki: drukowanie z szerokimi przyległościami, czyli monitorami i kalibracją, oraz zajęcia w studio. Pozostałe dwa, Olka i lornetki Fomei potraktowałem odpowiednio: pierwsze marginalnie, drugie przespałem :-D
Na początek warsztaty druku. Tak na prawdę to gdyby nie wcześniejsze spotkanie na piwie z prelegentem- Szymonem, poszedłbym na to najeżony jak nie wiem co, bo zwykle tak reaguję na bullshit marketingowy sprzedawany jako seminarium techniczne. Tym razem warsztaty to był majstersztyk: Nareszcie ogarnąłem tematy kalibracji i profilów poszczególnych elementów zestawu. Mogłem przy tym dowolnie ciągnąć za język kogoś, kto potrafi DUŻYMI literami i w przystępny sposób wszystko to objaśnić.
Warsztat nr 2 - Olympus. Jedyna fajna rzecz to koszulka. Prelegent zamiast nas czegoś uczyć, prezentował produkt, a to była jak mawia Tygrysek "nie tędy droga". Jedynym elementem "tędy drogi" był fakt że Oly przywiózł na prawdę sporo PENów, choć te niestety słabo się broniły, ale o tym potem.
Rada dla Olympusa na przyszły rok - nie przysyłajcie kiepskiego sprzedawcy na taki zlot. Skasowalibyście wszystkich, gdybyście przysłali np Wacława Wantucha (foci Olym), żeby zrobił warsztaty...

Trzecim wątkiem, który przykuł moją uwagę (połowicznie, bo pierwsze warsztaty z tej serii przespałem, ale dlatego, że ja byłem słaby a nie zajęcia), była praca w studiu z modelką. O ile po zeszłorocznych spotkaniach z pracą w studiu byłem co prawda oświetleniowym neofitą, ale pozostałem skrajnym lamerem, o tyle tym razem już trochę ochłonąłem i z grubsza wiedziałem czego chcę. Całe szczęście, bo tym razem trafiliśmy na gościa z wizją , który na dodatek potrafił w zajmujący sposób tę wizję przekazać.
Porównanie tegorocznego warsztatu oświetleniowego z zeszłorocznym, wypada zdecydowanie na korzyść tego co pokazano nam w Kręgu. Przede wszystkim formuła: żadnych pierdół o wyższości jednego systemu nad drugim. Sama treść. Konkretnie o rodzajach świateł, ich wykorzystaniu. Potem realizacja konkretnej wizji. I pełna kontrola nad grupą ponad 20 pstrykaczy! Każdy kto chciał nadążał za tokiem wykładu i mógł natychmiast przetestować zdobytą wiedzę.
Kolejnym genialnym IMHO posunięciem, było postawienie na światło ciągłe plus zastane. To dało praktycznie równe szanse dla wszystkich na zrobienie zdjęć zgodnych z tematem wykładu. Kto pamięta zeszłoroczną masakrę z kradnięciem sobie na wzajem światła z wyzwalanych fotocelą lamp błyskowych, ten wie co mam na myśli.
Kolejne brawa, należą się prowadzącemu za pomysł z ręcznym gmeraniem przy balansie bieli w aparatach. Jak dotąd nie wpadłem na to,że to jest jeszcze jeden element, który należy dołączyć do świętej trójcy ekspozycji: czasu przesłony i czułości.

A teraz Oly. Dlaczego na wstępie tak czepiłem się Olympusa? Pewnie bym się nie czepił, gdybym nie miał wcześniej w łapach Panasonica GF1 (dzięki, optyczne z a test), który zjada przywiezione PENy na śniadanie. (tak mam już trochę materiału na mój subiektywny test tego aparatu).
Warunki świetlne bezlitośnie obnażyły słabość AF PENa EPL-1. Na plus należy zaliczyć Olkowi fakt, że przywieźli na prawdę sporo PENów i masę akcesoriów, kto chciał mógł zatem przetestować dość kompletny system, wraz z przejściówkami np do bagnetu F, co skwapliwie wykorzystałem z moim micro-nikkorem, ale fakt dobrej wpółpracy pomiędzy olym m4/3 a nikkorem trzeba brać póki co na wiarę, bo warunki nie pozwoliły mi na zrobienie publikowalnych zdjęć.
Ojej! nie napisałem nic o obiektywach jakich używałem tym razem: 17-70 i 10mm fisheye. A także 70-200. Czyli dwóch starych znajomych i jedna nówka. Wszystkie w formie.
Na początek: Sigma 17-70 mm f/2.8-4.0 DC Macro OS HSM.
Szkło jak najbardziej poprawne. Czy wspomniałem już o fatalnej pogodzie na zlocie? Ze spokojnym sumieniem zwalam całą wine za brak nowych wrażeń obiektywowo-fotograficznych jesienną szarówkę jaka nam towarzyszyła . 17-70 nie nadaje się do robienia zdjęć bez lampy w dość mrocznych pomieszczeniach zamku w Kręgu a na dwór wyprowadziłem ją tylko raz. W efekcie - wszystkie zrobione nią zdjęcia poszły do matrixa. Ale broń Boże nie jest to wina obiektywu. Ten jest co najmniej równie dobry jak nikkorowe 18-70 DX. A należy pamiętać że na każdym końcu jest o 1EV od niego jaśniejszy, ma stabilizację i jest o 1mm szerszy. Gdybym teraz nie chorował na 16-35 f/4 to pewnie piałbym teraz z zachwytu. Wiem wiem, to zupełnie nie ta klasa, ale dla mnie standardowy zoom powinien zaczynać się od 16mm, naturalny jak się wydaje wybór: 16-85 nikkora odpada z powodu moich marzeń o przesiadce na pełną klatkę :-).
Ale wracając do Sigmy. Zakres dobry. Światło dobre. OS działa. I jeszcze jedna sprawa: To był pierwsza sigma nie EX z jaką miałem do czynienia: wrażenie jak najbardziej pozytywne. Sigma spokojnie może domalować do niej złotą obwódkę.
Kolejne moje spotkanie to stara dobra znajoma 70-200 HSM Macro. pomimo mankamentów na tle zoomowanie-ostrość i braku OSa, darzę to szkło wielkim sentymentem. Tym razem świetnie sprawdziło się w warunkach studyjnych, strzelane na 2.8.
Krótki epizod z sigmą 8-16 nie zasługuje na wzmiankę dłuższą niż to zdanie.
Na koniec został obiektyw, który jest mi znany i chodził za mną od dłuższego czasu: Fisheye 10mm 2.8. To nim zrobiłem konkursowe zdjęcie i po raz drugi mnie nie zawiódł. Jedyne moje zdjęcia jakie zasłużyły na uwagę zlotowiczów zostały zrobione właśnie nim.
Co do konkursu - tak.... "Vici", ale...
Ale nr 1: Pomysł był Artura. To on powiedział: "Ty.. patrz na tych ludzi w kręgu, może postaw ich wokół swiatła i cyknij od dołu...".
Ale nr 2: Fotkę podrzuciłem na konkurs bo czułem, że ma większe szanse niż mój osobisty faworyt - portret zrobiony fisheyem. Dlaczego zatem ta fotka a nie faworyt? - bo jest w niej życie, jest niestandardowe ujęcie no i ludzie stoją w kręgu koło zamku "Krąg". I chyba jest w niej trochę z atmosfery spotkania. Ciekaw jestem jak zniesie próbę czasu, bo w atmosferę zlotu trafiła doskonale.

I jej-mój prywatny konkurent: portret. Jak go robiłem to miałem świadomość, że robię ciekawe zdjęcie. Ten wieczór był jednym z dwóch momentów kiedy wziąłem aparat do ręki, i jedynym kiedy focenie całkowicie mnie pochłonęło. Pierwszy był w studiu, ale tam się uczyłem i byłem skupiony na słuchaniu - tu: czysta frajda. I tak ma być!

piątek, 12 lutego 2010

Panaceum na kompleks rozmiaru


Dawno, dawno temu, w 2004 roku, kiedy Nikon uważał, że klatka wielkości 35mm to przeżytek, w fabrykach Nikkora powstał jeden z niewielu profesjonalnych obiektywów pod niepełną klatkę (DX). Mianowicie AF-S 17-55DX f/2.8.
Czasy te jednak szybko minęły, a ambitni użytkownicy systemu z bagnetem F, posiadający w zasadzie profesjonalne body klasy D{23}00[s] zostali z ręką w nocniku.... raczej w DXie i bez perspektyw na fajne szkła. W tym kontekście szacunek należy wyrazić dla Olympusa, który jako jedyny konsekwentnie trzyma się obranego kursu i na dodatek udowadnia, że można robić świetną optykę dla małych, ale jakże wymagających matryc.
Oczywiście daleki jestem od stwierdzenia, że w systemie nikona nie ma fajnych szkieł z którymi dobrze pracuje się na niepełnej klatce, ale podczepiając pełnoklatkowce cały czas mam wrażenie, że chodzę w za dużych butach. Zwłaszcza w okolicach średnio-szerokich i neutralnych kątów. Szerokie 24 do 35 to w zasadzie standard, sakramentalne, standardowe 50 mm to już krótki portret, a to, co zbudowano do portretu, już jest do niego za długie (kwestia gustu), i tak dalej i tak dalej. Na szczęście im dłuższy obiektyw, tym dyskomfort z pracy w kropie mniejszy.
Przebogata oferta "kitowych" obiektywów Nikona do DXa mimo iż posiada co najmniej 2 ciekawe propozycje, nie daje pełnej satysfakcji - ot choćby jakość wykonania. Poza tym, kto spróbował pracy z profesjonalnym obiektywem ten wie, że po powrocie do choćby najlepszego kita ciężko jest osiągnąć zadowolenie.
Ups, czyżbym zdradził pointę mojej opowieści. Tak, mogę ją zdradzić. 17-55 bije na łeb wszystkie kity razem wzięte, choć zastanawiałem się nad tym długo.
Dlaczego długo? Bo nie z każdą puszką, z jaką go próbowałem chodził dobrze, a wejście miał w ogóle słabe. Był problem z AF. Konkretnie z front focus. Na jedynym, jaki miałem w łapach egzemplarzu, problem objawiał się na D80 i D200. Paradoksalnie D70 i D300 radziły sobie z nim świetnie (D300 po zmianie frimłeru, bo współpraca z 1.0 była fatalna).
Tak więc czy mamy idealny obiektyw standardowy do niepełnej klatki? Tak mamy. Czy idealny? Ideały są przeważnie nieosiągalne, pytanie tylko jak bardzo się do niego zbliżyliśmy.
Na początek właściwości optyczne. Szkło jest bardzo równe. Daje bardzo dobrą jakość w całym obszarze kadru. Trochę szkoda, że w czasach testowania tego szkła przez optycznych, nie było tam jeszcze procedur pomiaru transmisji, ale dobra praca tego szkła pod światło sugeruje, że w tej dziedzinie wynik byłby ciekawy. Myślę, że właśnie ta właściwość jest kluczem do mojej sympatii dla tego obiektywu: W pracy z nim, praktycznie nie czuje się, że szkło kradnie nam któryś z kolorów.
Co tu dużo mówić - jak na moje ambicje, jedyną wadą tego obiektywu jest cena... i może coś co ma związek z tytułem tego posta :-)
Otóż w środowisku foto-techno-fetyszystów (z którymi się z resztą identyfikuję) zauważyłem pewną tendencję, mianowicie bardzo szeroko rozpowszechniony kompleks rozmiaru. Objawia się on na dwa sposoby: użytkownicy systemów pełnoklatkowych (FF, czyli full frame, w języku marktetroidów nikona: FX) uważają się za lepszych od niepełnoklatkowych, a i wśród tych ostatnich trwa ciągłe przeliczanie rozmiaru ramki na kąty widzenia i porównywanie: Ci co mają matryce od Sony, szczycą się przelicznikiem 1.5 i patrzą z pogardą na Canonierów wyposażonych "tylko" w 1.6, jednocześnie wspólnie z nimi podśmiewają się z Olków z kropem x2. Sigmy (1.7) nikt nie zaczepia bo ma FOVEONa w stosunku do którego wszyscy Bayerowcy mają kompleks, ale to zupełnie inna historia.
Drugi objaw kojarzy mi się trochę z przedłużaniem pewnego narządu. Zjawisko to najlepiej widać na przykładzie kierowców, a w zasadzie posiadaczy samochodów: im większy tym lepszy.
Od razu muszę się przyznać, że swego czasu sam brałem udział w tym procederze: bolało mnie, że mam mniejszego^H^H^Hą matrycę i chciałem, żeby mój zestaw przynajmniej WYGLĄDAŁ profesjonalnie. Dlatego natychmiast wymyśliłem tysiąc powodów dla których do mojego D80 niezbędny jest grip. Chwila refleksji przyszła dopiero jak, żona na pikniku firmowym zaczęła się nabijać ze mnie, gdy obstąpiony przez pełnych zazdrości kolegów wyciągnąłem mój super-macho zestaw: D80+grip+AF-S 70-200VR. To, plus najzwyklejsze w świecie zmęczenie trzymaniem ciężkiego grzmota trochę mnie naprostowało na rzecz zgoła oczywistą: przecież tu chodzi o robienie zdjęć!
Jaki jest zatem związek omawianego 17-55 z leczeniem kompleksów rozmiaru? Nie ma tu żadnych ukrytych poddtekstów - to szkło jest po prostu duże i ciężkie i na pewno będzie świetnie wyglądać z każdą, nawet małą, puszką nikona :-D. A przy okazji, jak się je dobrze wyceluje, sensownie nastawi ekspozycję i naciśnie migawkę w odpowiednim momencie to robi całkiem fajne zdjęcia.

wtorek, 9 lutego 2010

Cyfrowa legenda

Trochę dziś zapomniana, ale nadal godna uwagi. Nadszedł zatem czas na AF-S DX 18-70 f/3.5-4.5 IF-ED (a mówią, że to Tamron wymyśla najdłuższe nazwy obiektywów).
W mojej ocenie jest to szkło, które wpłynęło na kształt dzisiejszego rynku lustrzanek: Pamiętam jeszcze czasy, gdy ambitny amator musiał wysupłać nie rzadko 4-5k złotych na EOSa 300d bo chciał mieć przyzwoite, niezaszumione zdjęcia. Musiał przy tym wyrzucić badziewnego kita i szarpnąć się na coś z wyższej półki Canona, albo kupić sigmę/tamrona. W tak przygotowany rynek wszedł nieco spóźniony Nikon z D100 i chwilę potem epokowym z D70, którego dumnym posiadaczem na początku 2005 roku się stałem.
D70 przychodził w rożnych zestawach, ja swój nabyłem wraz z omawianym 18-70 i najtańszą wersją AF-D 70-300G (nie ED i nie VR). I nagle okazało się, że stara fotograficzna prawda o tym, że zdjęcie robi najpierw fotograf, potem obiektyw a na końcu korpus stała się objawieniem dla rzesz fotograficznego narybku (w tym i mnie). Dzięki pomysłowi Nikona na rozsądny zestaw dla amatorów, mamy dziś prawie równy podział rynku miedzy N i C (choć z tego ciacha i Sony coś chce ostatnio wykroić).
Tyle wstępu, a konkrety?
Po technikalia typu rozdzielczość, aberracje itd jak zwykle odsyłam do fachowców. Ja zajmę się subietywnymi odczuciami.
Najpierw jakość: Jest to szkło nie do zdarcia. I wiem o czym mówię, bo było ze mną 2 razy za oceanem, przejachało całe stany od wschodniego wybrzeża po Kalafiornię, spadło przypięte do D80 przodem na beton z wysokości około 1m (na szczęście miałem założony dekiel i hooda, przeżyło wycieczkę do egiptu, nie mówiąc już o kilku wypadach krajowych. W zasadzie zabieram je wszędzie, choć ostatnio trochę przestało mnie interesować.
To, że szkło tyle przeżyło nie oznacza, że jest przeciwpancerne - przeciwnie, jest straszliwie rozklekotane, poluzowały się gumy na pierscieniach, dwuczłonowy tubus zooma chwieje się na boki (nie wiem jakim cudem nie widzę wad pozaosiowych) , a plastik z którego jest wykonane nosi ślady moich podróży. Ale nadal robi zdjęcia, a po domknięciu do 5.6 jest naprawdę ostre!
Z tym obiektywem, mam trochę jak ze starym samochodem: nadal działa, ale zbyt zajeżdzony, żeby dostać za niego rozsądną cenę i dopłacić do nowego.
Użytkowanie: trochę brakuje quasi-makro. Bokeh nie istnieje (bo tych oleistych bohomazów w tle nie da się tak nazwać), ale nie przeszkadza mi to w sandardowym zoomie. Na D80 dawał o sobie znać problem z wieszającym AF. Początkowo myślałem, że to wina wspomnianego upadku, ale potem wyczytałem w sieci, że ten typ tak ma. Jak to się objawia: czasami, bardzo, bardzo rzadko obiektyw przy ostrzeniu na nieskończoność tak jakby nie dawał do body potwierdzenia że już skończył ostrzyć. Trochę to było podobne do zjawiska jakie wiać przy wycelowaniu obiektywu na coś bez kontrastu i wtedy detekcja fazowa głupieje i AF kręci obiektywem w obie strony. Tyle że tu nie kręcił. Zwykle w takiej sytuacji musiałem wycelwać sobie w stopy, wyostrzyć, a potem wrócić do kadru na nieskończoność.
Na D300 miałem ten objaw może ze 2 razy (w ciągu 2 lat).
Trochę nastraszyłem, ale wrażenia z użytkowania są na plus: ostre, szybko ostrzące, stosunkowo lekkie i kompaktowe, przyzwoicie wykonane szkło. W przeciwieństwie do wielu innych kitów Nikona ma metalowy bagnet.
No dobra, a teraz trochę ezoteryki, czyli "rysowanie" i inne bliżej niesprecyzowane walory artystyczne. Czy da się nim zrobić dobre zdjęcie? Jasne, wierzę, że każdym się da. :-) Czy mi się udało? Jest parę zdjęć, które lubię. Nie są może najlepsze, ale zawsze czegoś mnie nauczyły. Ot, choćby pomarańczowy portret mojego syna. Techniczne jest skopany (Lepiej było użyć trybu M i trochę domknąć minimalnie wydłużając ekspozycję, zamiast S, który maksymalnie otworzył przesłonę, żeby i tak nie wyrobić się w zadanym czasie), ale nauczyło to mnie podchodzić sceptycznie do propozycji automatyki pomiaru światła. Co miał do tego obiektyw? Nic, poza tym, że był, a jak wiadomo: jaki jest najlepszy system fotograficzny na świecie? Ten który masz w ręku i możesz nim zrobić zdjęcie :-D !
Inne, ciekawsze zdjęcia przeważnie wyszły na krótszym końcu tego obiektywu co raczej obrazuje kierunek moich zainteresowań a nie jakieś niezaprzeczalne walory tego szkła. Przypuszczam, że gdyby optyczni przetestowali je na spektrometrze, okazałoby się, że obiektyw ten ma przyzwoitą transmisję światła, bo w porównaniu z innymi średnio-tanimi szkłami (także innych systemów) daje bardzo wierne kolory, no może z lekkim ociepleniem.
Podsumowując: Dla kogo? Teraz to pewnie dla sfrustrowanych nie IF-owymi, z rotującą przednią soczewką użytkowników wszelkiej maści nikkorów 18-55. (wiem, że optycznie są dobre, któryś ma nawet VR, ale zmienają swoje rozmiary przy ostrzeniu, a co gorsza, kręcą przednią soczewką - kto ma polara ten wie o co chodzi). Smiało także może konkurować to szkło z nowszymi konstrukcjami kitów nikona, jak i zamiennikami ze stajni np sigmy.
Szkło mimo swych lat (premiera 2004) i braku VR, nadal wyróżnia się w natłoku nikomu nie potrzebnych nikkorów 18-cośtam. (zwłaszcza tych z plastikowym bagnetem, albo wysuwających zooma pod wpływem swego własnego ciężaru) W mojej opinii, godnego następcę 18-70 znalazł dopiero w postaci AF-S 16-85 ale to już zupełnie inna historia.

niedziela, 7 lutego 2010

Plany, plany, plany...

A jednak ktoś to czyta! I to więcej niż jedna osoba, o której jak dotąd wiedziałem :-D. Tak naprawdę to doliczyłem się czterech.
W związku z tym, pozstanowiłem odpowiedzieć na tradycyjne pytanie - co z tym blogiem?! Otóż wbrew pozorom dużo się na nim dzieje... w mojej głowie. Korzystając z zimowej nieobecnośći rodzinnych przyległości, postaram się trochę nadgonić z treścią.
Na początek zaległośći największe, czyli mój subiektywny przegląd obiektywów z bagnetem F. Nie, nie jestem nikonowym szowinistą!
Inne systemy leżą w troszkę dlaszym horyzoncie czasowym, choć patrząc na ilość wolnego czasu jakim dysponuję, bardziej adekwatne wydaje się być określenie: za horyzontem zdarzeń :-)
Cóż zatem planuję w tej materii (tej której prędkość ucieczki nie jest wieksza od C)?
  • AF-S 18-70 DX - Od niego wszystko się dla mnie zaczęło - mówię o pierwszych zdjęciach zrobionych świadomie, a nie na jak to mawia moja żonka z "tym zielonym z napisem AUTO" - problem tylko w tym, że o ile na tekst to pomysł się znajdzie, to ze zdjęciami może być krucho - sam wiem, że wybitny nie jestem, a ten obiektyw przestał mnie interesować na długo zanim zrobiłem coś co przechodzi nawet moje, pozbawione samokrytyki filtry.
  • AF-S 17-55 DX - Podejść pod to szkło miałem ze cztery. Uczucia bardzo mieszane, choć jeśli kryzys potrzyma, to nie "wejdę w FF", jak to się na forach branżowych mawia, tylko kupię ten obiektyw i zostanę w DX. Ze zdjęciami do tego artukułu jest lepiej, bo przeważnie pożyczam go przy specjalnych okazjach, a wtedy się przykładam.

  • Kolejnym wielkim nieobecnym i niejednokrotnie wspominanym jest AF-S 70-200 - tu było podobnie jak z 18-70 - wrażeń dużo, materiału zero - literalnie 0, bo wcięło mi zdjęcia jakie robiłem tym obiektywem z intencją opisania go. Na szczeście nie dawno miałem okazję wyprowadzić go na spacer z podpiętym D3 (fajnie jest mieć zaprzyjaźnione studio fotograficzne)
Tyle jeśli chodzi o trzymanie się ściśle konwencji, którą obrałem na początku. Żeby trochę zamieszać, wymyśliłem jeszcze coś takiego:
  • FF dla ubogich, czyli wygrzeb sobie starą lustrzankę. Mam ten luksus, że posiadam Nikona F60. Wywołanie i skan do 6mpix to dziś koszt rzędu dwudziestuparu złotych, a radości dostarcza to co nie miara. Już w tej chwili mam wystrzelaną Velvię 50 (około 45zł za rolkę) teraz bawię się jakimś przeterminowanym diapozytywem do wnętrz.
  • F60 ma nikkora AF-D 28-80 - nie będę się upierał przy tym obiektywie, bo jak go do cyfry (D70) podpiąłem, to jego mocno dyskusyjna jakość nie przekonała mnie do używania tak niepraktycznego jeśli chodzi o DX-owe kąty widzenia szkła.
  • Miałem pożyczonego Zenitara 16 f/2.8 - strzelałem nim na F60 (choć nie tak ładnie jak na zlinkowanym blogu : versus D300 z Sigmą 10-20.
  • Zabawy starymi analogami mogą być ciągnięte do woli - w rodzinie plącze się jeszcze jakiś Zenit i ze dwa EOSy 300.
  • W zasadzie to miałem w łapach kilka korpusów cyfrowych - można też i o tym coś napisać. W zasadzie z Nikonów, to prościej powiedzieć czego nie widziałem: rodziny D40-D3000. pozostałe, dwu, trzy i jednocyfrowe jak najbardziej, choć D3Xa to mocno za mało.
  • Pewnie mogę zaktualizować opisy większości obiektywów o wrażenia ze współpracy z analogiem, ale wolę poczekać, aż znajdę minumim F65, bo z moją ef-sześcdziesiątką nie działa AF w obiektywach AF-S, co zakrawa na kiepski dowcip, zwłaszcza dla użytkowników tańszych-nowszych i pozdawionych "śrubokręta" korpusów Nikona.
  • Jeśli troszkę nagiąć pawa fizyki i spojrzeć za wspomniany horyzont, czają się tam cztery ciekawe olki: archaiczny E-20, E-300, E-1 i mój ulubiony E-3. Wszystkie z arcyfajną szklarnią.
Tyle planów - Patrząc na tempo, pewnie zejdzie mi na to cały rok... Następny w kolejce jest 18-70. Na zachętę fragment wstępu, a może zakończenia? tekstu na ten temat:
"... Szkło mimo swych lat (premiera bodajże w 2004) nadal wyróżnia się w natłoku nikomu nie potrzebnych nikkorów 18-cośtam. W mojej opinii, godnego następcę znalazł ten obiektyw dopiero w postaci AF-S..." - nie zdradzę, którego :-)

wtorek, 4 sierpnia 2009

No i minął rok... czyli II zlot czytelników optyczne.pl

To taki mały jubileusz. Już od roku smaruję tego bloga, bo pierwszy post był zainspirowany pierwszym zlotem w Walewicach. Niby nie całe 3 dni, a wrażeń starczyło na klika miesięcy. Jak będzie w tym roku? Ci co byli to wiedzą: nawet lepiej. Dlaczego? Bo znowu był fajny klimat, fajni ludzie, fajne miejsce, fajny sprzęt a i atrakcji więcej. Ale od początku:

Zaczęło się w piątek 31 lipca. Po formalnościach typu zakwaterowanie, jedzenie i pobranie sprzętu (tutaj K-Consult znowu stanął na wysokości zadania), pierwszą atrakcją był nocny plener.

Ja akurat wybrałem wycieczkę nad tamę, prowadzoną nieco na około, przez Jareckiego. Początkowo myślałem, że jak 20 fotografów rzuci się na ten sam obiekt, nawet tak rozległy jak tama, to powstanie masa takich samych zdjęć. I tu się miło i nie miło rozczarowałem: miło, bo nawet zdjęcia tego samego mogą być skrajnie różne, a nie miło bo kiedy mi już brakowało pomysłów na ujęcia jakiegoś "hydranta" czy innej "barierki", pozostali mieli jeszcze kilka koncepcji na ten sam obiekt :-(.



Po 2 godzinach snu, przyszła pora na poranny plener. Początkowa idea odbycia go na wspomnianej tamie padła, na rzecz wyczajonego przeze mnie w drodze powrotnej obiektu o nazwie "Szwajcaria lwówecka". W bladym świetle poranka pojechaliśmy do tej "Szwajcarii"... trochę w ciemno.
Ci co liczyli na fotografowanie skał we wschodzącym słońcu (w tym ja) trochę się rozczarowali - urwisko jest zwrócone na zachód :-). Na szczęście, na szczycie znalazła się łączka, na której każdy znalazł coś dla siebie.
Po godzinie focenia skończyło się fajne światło, buty były przemoczone a w brzuchcach burczało z głodu. Ponieważ do śniadania zostało jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy pojechać jeszcze do zatopionej żwirowni, poszukać wodnych ptaków. Zamiast ptaków, znaleźliśmy zatopioną barkę :-P, która bardzo przypadła mi do gustu.


Po śniadaniu przyszedł czas na najmocniejszą część zlotu: warsztaty.
Pierwsze na jakie trafiłem, dotyczyły drukarek canona (trochę marketingowy bullshit) i monitorów EIZO - bardzo porządna robota w stylu technical-sales. Mój następny monitor to będzie EIZO i to pewnie w technologii IPS.

Kolejne "zajęcia" polegały na zabawie lunetami i lornetakami Pentaxa. O ile lunety i adaptery do digiscopingu zupełnie mnie nie wciągnęły, to lornetka z trybem makro została, moim zdaniem, hitem imprezy.

Na koniec zostały mi najsmakowitsze zajęcia - focenie w zaimprowizowanym studio. Warsztaty trzeba było jednak okupić wysłuchaniem (z powodu niewyspania miałem zamknięte oczy) prezentacji na temat systemu sony alfa.
Na szczęście przejście do części praktycznej podziałało pobudzająco. O ile w warsztatach praktycznych, związanych z teorią pracy z oświetleniem, trochę pomogło wcześniejsze poczytanie książki, o tyle aspekt socjologiczny był dla mnie kompletnym zaskoczeniem: Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że z modelką to się rozmawia! I na dodatek ciężar tej konwersacji spoczywa na fotografie :-) - nie to, żeby od razu zacząć się zwierzać, ale trzeba choćby powiedzieć jak ma się ustawić.
Ja niestety wpadłem na niezbyt dobry pomysł równoczesnego przetestowania nikkora AF-S DX 35 f/1.8, który okazał się być za szeroki do pracy w studiu. Ciągłe łapanie w kadr stelaży od tła, albo statywów lamp, tak mnie wyprowadziło z równowagi, że nie byłem w stanie nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z modelką. Ta na szczęście była doświadczona w pracy z takimi łosiami jak ja, więc koniec końców, moja rola polegała na naciśnięciu migawki w odpowiednim momencie.
Uff - to było troszkę żenujące doświadczenie, ale jednocześnie wywołało pewnien niepokój: muszę jeszcze wrócić do studia i sobie na spokojnie poćwiczyć.

Dla formalności wspomnę jeszcze, że wieczorem wybraliśmy się na kolejny plener, ale twórcze zatwardzenie tak mi się dawało we znaki, że kompletnie go nie wykorzystałem.
Parę słów na temat sprzętu - jeśli chodzi o obiektywy to jak mawiał mój współ-spacz: "szału nie było". Test raczej negatywny, bo żadnego z sigmowych szkieł, które testowałem nie kupię. A oto co testowałem:

EX 70-200 2.8 Macro drugiej generacji. Niby wszystko na miejscu, ale pod swiatło mocno traci kontrast i brakuje jej OS'a. Ponieważ na wspomnianej łączce trafiłem na panią tygrzykową, zacząłem bawić się funkcją makro i tu dwa zaskoczenia:
  • Pierwsze: zoom w makro to fajna sprawa (do tej pory bawiłem się tylko stałkami z okolic 105 mm).
  • Drugie: obiektyw, który traci ostrość podczas zoomowania mi się nie podoba
I właśnie to drugie zaskoczenie zdyskwalifikowało tę Sigmę. Po prostu zdarzało mi się złapać ostrość, potem stwierdzić, że kadr mi się nie podoba i go trochę przezoomować. Efekt: ostrośc idzie w diabły.
Natomiast muszę tutaj oddać honor w jednej kwestii: Ten obiektyw jest używalny przy 2.8.

Kolejna zabawka - troszkę kuriozalna, bo rozliczyłem się już z moją pasją makro przy okazji nikkora 105 VR, to Sigma EX 180 f/3.5 Macro. Tu znowu szału nie było, zwłaszcza z ostrością. Natomiast miłą cechą tego obiektywu jest spory dystans roboczy, co tylko potwierdza moją tezę, że do poważnego focenia robaków potrzebny jest jak najdłuższy obiektyw makro. Dużym atutem tej sigmy aż 46 centymetrowy dystans przy którym daje odwzorowanie 1:1. I to był powód dla którego wziąłem ten obiektyw.
Trochę natomiast rozczarowuje ostrość tego szkła. Stałoogniskowe obiektywy makro w tej dziedzinie rozpieszczają użytkowników swoimi osiągami, stąd moje wygórowane wymagania. Warto tutaj wspomnieć, ze zostałem lojalnie uprzedzony, zarówno przez jednego z ojców redaktorów, jak i któregoś Łukasza z K-consult, że być może powinienem wybrać 150-tkę zamiast nieco za miękkiej 180-tki. Cóż uparłem się na dodatkowe 8 cm dystansu to mam.
Morał: gdybym miał teraz kupować makro do robaków to zbierałbym kasę na micro nikkora 200 f/4 :-), albo na równie wybitnego micro nikkora 70-180. (niestety oba nie były testowane przez optycznych)

Trzecie szkło - hmm, trochę na nie nie starczyło czasu, a być może powinienem się na nim troszkę skupić zwłaszcza, że dni mojego 18-70DX wydają się policzone. Dwa poprzednie szkła sigmy oraz pożyczony nikkor 35 zajęly mi tyle czasu, że EX 18-50 f/2.8 przeleżał większą cześć imprezy w plecaku. A szkoda, bo patrząc po opiniach na forum ten obiektyw może troszkę namieszać. A jego następca, nieco ciemniejszy, ale za to z makro i nie zmieniający swoich rozmiarów, gdyby "zaczynał się" od 17mm, byłby hitem.

Jaki jest zatem morał z całej imprezy? Warto było wydać 350 zeta na zlot, żeby uchronić się przed wydaniem kilku kilo na obiektywy, które nie są dla mnie warte swojej ceny.
Dlatego podsumowanie jest jak najbardziej pozytywne. Ze szkieł to będę starał się kupić nikkora 35 1.8. Ten obiektyw, że pewnie dostanie oddzielny artykuł.



Jeśli kiedykolwiek ten tekst zostanie przeczytany przez kogoś sprzedającego Sigmę to mówię to jasno, prosto i wyraźnie: dzięki za możliwość potestowania. W zeszłym roku testowałem i kupiłem (EX 10-20). W tym, testowałem i nie kupię. Oba doświadczenia są bardzo cenne.
Czekam na OS'a i poprawki na tle zoom-ostrzenie w Sigmie 70-200. Wtedy ją kupię.

Jeśli chodzi o inne produkty, to na liście wstępnych kandydatów na zakupy znalazła się lornetka makro i telewizor EIZO.

W kwesti "drogi twórczej" - trzeba się w końcu nauczyć pracy ze światłem i w studio. Szacun dla Sony za zrobienie mi smaku.

Kolejny wniosek jaki mi się nasunął dotyczy konkursu, który mnie trochę rozczarował (nie, nie dlatego, że tym razem, wśród nagrodzonych nie było mojego zdjęcia). Wygrały zdjęcia dobre.
Natomiast wśród wyróżnień sporo było prac przeciętnych. Zauważyłem, że kierunek w jakim poszła moja estetyka - czyli szukanie jak najbardziej abstrakcyjnych a jednocześnie minimalistycznych ujęć rzeczy znanych, zupełnie rozmija się z ogólną estetyką uznaną za fajną przez jury. Wyjątkiem w tej kwestii jest praca maźka (6 miejsce). Ale przynajmniej nie żałuję, że jak to było w zeszłorocznym konkursie, nie wystawiłem zdjęcia za mało odważnego. Po 10 dniach, nadal jak gapię się na moje zdjęcia ze zlotu uważam, że fota którą wystawiłem, jest jedną z najlepszych, które tam zrobiłem. A to już coś, bo nie poszedłem na wyczucie gustu jury - a nie wygrany monopod? No cóż, trzeba go będzie po prostu kupić :-))


I to by było na tyle. Czekam na następny raz.

środa, 13 maja 2009

Czas na przeprosiny z neutralnym kątem, czyli AF 28 2.8D


No i stało się. Przy okazji premiery AF-S 35 1.8G DX naszło mnie na spróbowanie się z po raz kolejny z z okolicami neutralnego kąta widzenia (dla DX oczywiście). Z racji kryzysu i innych turbulencji finansowych przedmiotem moich dywagacji nie jest niestety najnowsza 35-tka Nikkora, ale starszy i nieco szerszy AF 28 f/2.8D. Dlaczego? Bo taki był pod ręką (kolegi).
Historia moich spotkań z tym szkłem ciągnie się z przerwami już 3 lata. Zaczęło się od wypadu do Wielkiej Brytanii - o ile pamiętam, zostałem z tym szkłem trochę przez przypadek - ot, pożyczyłem komuś mój standardowy zoom AF-S 18-70 3.5-4.5G DX i żeby nie zostać bez niczego krótkiego, dostałem w zamian to coś. Jak to zwykle bywa, "na oddanie" jakoś okazji nie było, w efekcie na wyjazd miałem właśnie 28 i archaiczno-plastikowe AF 70-300G, nie ED i nie VR, tylko to najtańsze z możliwych.
Kolejne spotkania z tym szkłem następowały sporadycznie ze 2 razy w ciągu 3 lat i bez większych fascynacji. Aż do tegorocznej wiosny, kiedy to świadomie poprosiłem o pożyczenie z intencją solidnego postrzelania na D300 i F60 - Tak naprawdę chciałem porównać zachowanie D300 + 28 vs F60 + 50 1.8. O efektach tego porównania pewnie kiedyś napiszę ;-)
Tak czy inaczej 28 znalazła się w moich łapskach i dość szybko uświadomiła mi jak bardzo zmieniło się moje fotografowanie od czasów wycieczki z D70 do British Museum...
Nie będę ukrywał - Obiektyw jest rewelacyjny. Niestety optyczni, nie przetestowali tego szkła, a jego test na photozone.de jest moim zdaniem krzywdzący. Nie będę jednak rozpaczał, jesli kiedyś i "optyczne" się po to szkło schyli, i nie da mu rewelacyjnych ocen. Po prostu są czasem obiektywy, które nie biją rekordów rozdzielczości, lubią postraszyć aberracjami czy inną komą, a mimo to należą do "ukochanych". AF 28 2.8D ma właśnie to coś, co sprawia, że nie czuję potrzeby zoomowania.
Na początek wrzucę to co mnie urzekło w tym obiektywie: "rysowanie", kolory i bokeh.
O co chodzi z tym rysowaniem? To taka abstrakcyjna wartość, którą każdy mój foto-znajomy definiuje inaczej ;-). Dla mnie chodzi o ogólne wrażenie że wszystko jest na miejscu, szczególnie ostrość, ładne oddanie faktury, praktyczny brak zniekształceń, kolory. Rozdzielczość tego obiektywu w ogóle zasługuje na uwagę, wystarczy zerknąć na test - brzeg kadru ani razu nie schodzi poniżej poziomu "very good", a centrum kadru dosć swobodnie siedzi sobie na zielonym polu z napisem "excellent". To się czuje.

Kolory - tutaj czekam na test optycznych, którzy rozszerzyli ostatnio swoje procedury o sprawdzanie transmisji. Przypuszczam, że wynik mógłby być ciekawy, bo moje subiektywne wrażenie jest jak najlepsze - zwłaszcza, że równolegle bawiłem się zenitarem 16 mm który tnie czerwień, jakby chciał zaprzeczyć, że jest produkcji radzieckiej.
I wreszcie bokeh. Szczerze to tu byłem najbardziej zaskoczony, bo kto, od jakby nie patrzeć, szerokokątnego obiektywu wymagałby rozmycia tła? A tu, proszę, bokeh jest po prostu ładny. Oczywiście nie dorównuje portretówkom, ale nie ma przykrych dla oczu oleistych plam w tle.
Sweetspot (i nie chodzi tu o plamy z nutelli) wypada gdzieś w pobliżu f/4.

No dobra, a czy jest coś czego można by się przyczepić? Na pewno, ot, choćby AF, który nie jest AF-S i mimo przyzwoitej światłosiły, miewa kłopoty z celnością. Nikon konsekwetnie odcina się od dziedzictwa swoich szkieł w nowych, tańszych korpusach. Tak więc w D40,60,5000 będzie to szkło manualne.
Drugą nie fajną rzeczą jest cena, która przyznam, nieco mnie zaskoczyła. używka w dobrym stanie plącze się po allegro od 1000 zł. Cóż zatem pozostaje? Pewnie kupić 35 1.8G w sklepie dla idiotów, na raty 0% ;-)

czwartek, 26 lutego 2009

Pomyśl 3 razy zanim kupisz. A może lepiej pożycz i wypróbuj.

Uch... Dawno nic nie napisałem. To nie dlatego, że nic nie robiłem - raczej w ostatnich 4 miesiącach cierpiałem na nadmiar zajęć. A trochę się pozmieniało, ale niestety nie w mojej "szklarni".
W dobie powszechnego kryzysu, zaczynam w moich subiektywnych przeglądach niebezpiecznie zbliżać się do końca listy posiadanych szkieł. Przyszedł zatem czas na dłuuuugo (bo w zasadzie od kiedy wpadłem na pomysł blogowania, pierwszą myślą było opisanie tego właśnie obiektywu) odkładany artykuł o AF-S 105 2.8G. Chyba najjaśniejszy klejnot wśród moich zabawek. Skąd zatem zniechęcający do jego zakupu tytuł tego posta? Jak mawia w swojej (bardzo dobrej) książce Wojciech Cejrowski: "posłuchajcie...". Zatem posłuchajcie....

Historia mojego romansu z makro zaczęła się, jak to zwykle bywa od zapaleńca. Mi się taki trafił - gadał dużo o robakach i makro, wyuczył się na pamięć różnych trudnych łacińskich słów... no, jednym słowem zaraził. Na próbę, pożyczyłem od niego AF 105 2.8D, czyli poprzednika mojej 105-tki, wówczas już nie produkowanego. No i zajadłem - polazłem z tym w krzaki upolować jakąś mrówkę i miałem z tym sporo frajdy: focisz jednego robala, a w tym samym czasie tak ze 200 innych włazi Ci we wszelkie szpary w ubraniu i usiłuje skonsumowac co się da. A tu ręka musi być pewna, bo przysłony rzędu 22 i więcej, czasy długawe...
Dość powiedzieć, że spodobało się na tyle, że dziś jestem szczęśliwym posiadaczem nowszej 105-tki opartej o SWM i VR, oraz trzeciego już body - pierwsze spotkanie z makro odbywało się na D70, które bardzo szybko zostało zamienione na wyposażone w dużo większy wizjer D80, które przy nadarzającej się po paru miesiącach okazji zostało zamienione na posiadające jeszcze lepszy wizjer, wstępne podnoszenie lustra i wężyk spustowy D300.
Optycznie, mechanicznie, gabarytowo i jakościowo jest to szkło poprostu idealne. Osobiście mogę się dopatrzeć w nim tylko dwóch niewielkich wad:
Troszkę za wolny AF jeśli pozwolimy mu działać w pełnym zakresie tj. od około 30cm do nieskończoności. Wada ta całkowicie znika, po przełączeniu obiektywu w tryb "limited" czyli bodajże od 50cm do nieskończonośći.
Drugą, nieco już poważniejszą wadą, jest to, że obiektywy z tych okolic ogniskowych, tak więc dotyczy to także konkurencji, dają ukochane przez makrofetyszystów odwzorowanie 1:1 przy dystansie roboczym na poziomie 30 cm - liczone od matrycy a nie przedniej soczewki!!! To daje zaledwie kilka, kilkanaście cm pomiędzy soczewką/filtrem a modelem, który przeważnie nie jest zadowolony z tak nahalnego naruszania jego prywatnośći, a należy pamiętać, że niektóre modelki mają tu żądła i nie wahają się ich używać :-)
I tej wady już zbyt łatwo skorygować się nie da...
Co w zamian: polubić co się ma i:
  1. W razie potrzeby szybko uciekać,
  2. Zrezygnować z magicznego 1:1 i fotografować z nieco większej odległości
  3. ... albo odłożyć 2-3 razy więcej kasy i kupić prawdziwego "insect-killera": AF-Micro 200 4D, czyli jak niektórzy twierdzą, po prostu najostrzejszy obiektyw do Nikona.
  4. Poszukać sobie innych tematów do focenia :-)
No dobra, ale przecież nie samym makro człowiek żyje... No to może by tak z nim "na ludzi" pójść? Pożyczyłem go kiedyś, zaprzyjaźnionemu fotografowi, który żyje z fotografowania ludzi i wiecie co powiedział? "No fajny, ale na ludzi to trochę za ostry, nie wszyscy lubią jak im można wszystkie pory i wypryski na nosie policzyć" - i zdaje się kupił 105, ale stricte portretową


No dobra, pora wziąć się zatem za uzasadnienie niekorzystnego tutułu tego posta, bo wniosek z mojej ponad 2-letniej pracy z tym obiektywem jest taki: Jeśli nie jesteś całkowitym makromaniakiem (albo makromańką, żeby było political-correct), to jest masa lepszych i bardziej uniwerslanych szkieł. 105VR jest cudownym szkłem i mogę się rozwodzić nad jego kunsztem dowolnie długo, tylko jest jeden szkopuł: trochę za mało ma zastosowań w stosunku do swojej ceny, dlatego pewnie nie znajdzie się dla niego miejsce plecakach i portfelach zbyt wielu amatorów.
Co zatem w zamian? Jeszcze nie wiem :-) Do portretu na DXie polecam 50mm, chętnie popróbuję 85mm 1.4 albo 1.8. Pewnie kiedyś przyjrzę się obiektywom DC.

Czy jestem z tego szkła zadowolony: tak, czy z perspektywy moich doświadczeń kupiłbym je drugi raz - raczej nie.
Ale nie ze względów technicznych bo te są idelane - po prostu to nie jest obiektyw dla mnie i myślę, że każdy oglądający złotówkę na wszystkie strony fotoamator powinien sobie przed zakupem to pytanie powtórzyć conajmniej 3 razy.

Aha, w sieci krąży kilka zjadliwych i często nadinterpretowanych opinii o pewnych sprawach związanych z tym szkłem:
Że tak naprawdę to nie jest 2.8 tylko w pewnym przypadku (makro) "aż" 3.5 - to prawda, tylko co z tego? to jest zjawisko powstałe przy wykorzystaniu CRC "close range correction" powszechnie używanego w makro nie tylko u nikona. Nikon po prostu się do tego przyznaje. W analogicznych obiektywach np Canona i Sigmy niby światło jest cały czas 2.8, tylko na krótkich dystansach jakoś czasy się wydłużają... :-) To jest link do wytłumaczenia dlaczego.
I druga sprawa - wydajność VR spada wraz ze spadkiem odległości od obiektu, do 0 (zera) przy 1:1.
Makroortodoksi to wiedzą i focą ze statywu przy f/32, z podniesionym wstępnie lustrem i wężykiem spustowym. Nie rzadko z pierścieniową lampą, mieszkiem i masą różnej innej galanterii. Dla całej reszty do okazjonalnego focenia życia intymnego pszczółek i motylków polecam zwykłą "małpę" z solidnym makro. Z racji małych rozmiarów obiektywu (krótka ogniskowa) mamy przy stosunkowo otwartej przysłonie np f/11 głębię nieosiąglaną dla klasycznych szkieł makro bez zamknięcia do f/40!
Dla porządku i głodnych cyferkożerców, link do testu :-)
Miłego dnia.